Jedną z rzeczy, o których na naszym polskim podwórku było ostatnio wyjątkowo głośno, była aukcja domeny microsoft.pl. Dla niewtajemniczonych, domena ta została wystawiona na sprzedaż w serwisach aukcyjnych Allego i Aukcje24 - jak łatwo zgadnąć, sprzedającym nie był naturalnie Microsoft, a pan Robert Rudecki, któremu w roku 2000 udało się zarejestrować w Polsce firmę i domenę o identycznej nazwie. Do transakcji nie doszło, obsługująca Microsoft kancelaria SKS skutecznie zablokowała cały proces. W tym momencie pan Rudecki najwyraźniej poczuł wiatr w plecy i zaczął pisać do wszystkich, którzy chcieli go wysłuchać by później poinformować świat o tym, jak to wielka korporacja stara się skrzywdzić małego, niewinnego człowieka. Jego wersję całej historii można przeczytać między innymi na aukcje.org. Odstawiając na bok sympatie i antypatie do Microsoftu trzeba przyznać, że od początku sprawa domeny microsoft.pl sprawiała wrażenie obliczonej jedynie na efekt tzw. kija w mrowisko. Bez dwóch zdań, sam Microsoft bezdyskusyjnie - mówiąc brutalnie - zawalił sprawę nie decydując się na rejestrację domeny i w kontekście tym ruch pana Rudeckiego można uznać za całkiem udane zagranie na nosie nie tyle koncernowi, co opieszałości pracowników jego polskiego oddziału. Tak też potraktowaliśmy sprawę z wystawieniem domeny na aukcję z początku - w kategoriach rozrywkowych, jako celne wytknięcie dość żenującego niedopatrzenia. Niemniej, dalsze działania pana Rudeckiego okazują się po prostu niesmaczne i warto chyba w końcu zauważyć, że obecnie jest to już typowy przykład prymitywnego spekulanctwa na skalę nie spotykaną chyba jeszcze w polskim Internecie. Z informacji, które zebraliśmy, wyłania się jasny obraz tego, na czym faktycznie zależy panu Rudeckiemu, który bez żenady wykorzystuje swoje pięć minut taniej sławy. Po pierwsze, twierdzenia że zajmuje się on ziołami i nie ma niczego wspólnego z Microsoftem są czystą hipokryzją - reklamę Linuxa oraz przekierowanie do sklepu z oprogramowaniem Microsoftu trudno nazwać zielarskim marketingiem. Oferta na kwotę 120 tys. PLN, którą pan Rudecki złożył polskiemu oddziałowi Microsoftu, nie jest wcale niczym szczególnym jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że poparta została bezczelną wręcz sugestią zatrudnienia go w firmie na przynajmniej trzy lata. W kontaktach bezpośrednich pan Rudecki sprawia wrażenie dość infantylne, co wywołuje w człowieku nieodparte wrażenie, że ma do czynienia ze zwykłym "cwaniaczkiem" któremu przed oczami stanęły pieniądze, sława i uwielbienie tłumu z radością witającego wszystko, co leci w kierunku marki Microsoftu po trajektorii balistycznej. To oczywiście tylko nasze odczucia, mamy jednak nadzieję że z historii tej będzie chociaż jeden pożytek - spekulanctwo domenowe, które na zachodzie i w USA jest rzeczą znaną od dawna, może przytrafić się każdemu także i u nas, gdzie prawo jak widać na przykładzie nie pomoże w szybkim i jednoznacznym rozwiązaniu problemu (na czym bez wątpienia zależałoby tak Microsoftowi, jak i prawdopodobnie panu Rudeckiemu). Swoją drogą, warto też zwrócić uwagę komu obecnie zależy na reklamie będącej wynikiem tak wątpliwego od strony etycznej postępowania - to w końcu też wiele mówi o każdej firmie. Na zakończenie tych nieuczesanych porannych myśli pozostaje tylko życzyć naszym czytelnikom, żeby o tego typu przypadkach czytali jedynie w prasie.